Universitat Autonoma de Barcelona

1. Uniwersytet.

Choć Barcelona jest przepięknym miastem, osoba przebywająca głównie na uniwersytecie nie będzie miała szansy się o tym przekonać. UAB znajduje się pół godziny drogi kolejką od Placa Catalunya, będącego centrum miasta, w małej wiosce Bellaterra, w której nie ma nic poza... uniwersytetem. W odróżnieniu od pięknego UB znajdującego się w samej Barcelonie, UAB to ogromne ilości wylanego betonu i w zasadzie nic więcej, jeśli chodzi o architekturę.

Zajęcia na prawie wszystkich kierunkach (za wyjątkiem jedynie fizjoterapii, której zapewne zbyt wielu studentów MIMu nie studiuje równolegle :-)) odbywają się na tym kampusie, więc nie ma problemu, by w 5 minut przenieść się z Wydziału Historycznego na Matematyczny. To ma sporo zalet!

2. Zajęcia.

Ludzie w Katalonii są niezwykle dumni ze swojej kultury i języka, więc 90% zajęć odbywa się po katalońsku i ciężko to zmienić. Na angielski nie ma co liczyć, bo studenci go nie znają, a hiszpański to język Madrytu. Czasami uda się coś zmienić z katalońskiego na hiszpański, ale to loteria i chyba nie warto, bo koledzy mogą nie pożyczyć notatek, podstawić nogę itp. za bezpardonowy atak na autonomię Katalonii.

Znajomość hiszpańskiego i francuskiego w zupełności jednak wystarcza, by rozumieć kataloński. Do tego każdy wykładowca mówi oczywiście po hiszpańsku (są konsultacje!), sporo z nich mówi po francusku a część nawet po angielsku (choć ten angielski bywa zaskakujący...).

Poziom zajęć jest chyba jednym z wyższych wśród tych oferowanych przez uczelnie, z którymi prowadzimy wymianę i z pewnością wyższy niż na MIMie. Jest tam osobne centrum badawcze Centre de Recerca Matematica, w którym są goście z zagranicy i dużo się mówi po angielsku. Każdego dnia odbywa się tam dużo wykładów z bardzo różnych działów matematyki, więc każdy znajdzie coś dla siebie. A grupy badawcze nie mają najmniejszego problemu, by przejść na angielski, jeśli jest jakiś gość.

Dodatkowo, w CRMie jest kuchnia, w której można zrobić sobie kawy, herbaty, znaleźć jakieś ciastka itp. Trzeba postępować ostrożnie, bo jakiś czas temu dwoje doktorantów z Polski pojechało tam i w dość bezpardonowy sposób kradło jedzenie, robiąc nam nienajlepszą opinię.

3. Mieszkanie.

Opcje są dwie: można wynająć mieszkanie samemu lub poszukać czegoś w akademiku. Obie są złe z powodu cen. Główny problem jest taki, że żadna z osób, które mają z tym pomóc, nie mówi po angielsku, więc nie można być niczego do końca pewnym. Mieszkanie w akademiku utrudnia podziwianie Barcelony, zaś mieszkanie w Barcelonie jest drogie a i tak generuje dodatkowe koszty związane z dojazdem (jest tam coś takiego jak bilet miesięczny, ale opłaca się go kupić dopiero od ok. miliona przejazdów dziennie). Akademik został niedawno odremontowany, więc jak się trafi na ciekawych ludzi, to można mieć fajne życie.

W akademiku internet jest albo po kablu, albo bezprzewodowy. W oddalonych od recepcji częściach akademika bezprzewodowy działa tylko przy oknach i roletach całkowicie otwartych... Nie wiem, czy ma to jakieś fizyczne wytłumaczenie... Wolny dostęp do internetu zapewniony jest także na uniwerku.

4. Miasto.

Barcelona jest przepięknym miastem, które można oglądać bez końca, choć swoje to kosztuje (muzea to ok. 5-6 euro za wejście). Jednak już samo chodzenie tamtejszymi ulicami jest niezwykłym przeżyciem. Można posiedzieć na plaży i tam popracować -- to dużo przyjemniejsze niż siedzieć nad książkami w domu lub w bibliotece. Mi miło się myślało nad rozmaitymi problemami matematycznymi, przesiadując na ławkach w parkach i na placach -- w takich okolicznościach, nawet lekki hałas nie przeszkadza. Nie będę wypisywał tu wszystkich muzeów, które warto zobaczyć, bo można to znaleźć w dowolnym przewodniku, ale muzeum Joana Miro na wzgórzu Montjuic polecić muszę szczególnie.

Co do plaż, warto jeździć -- szczególnie jeśli ma się prawo jazdy i można wynająć samochód -- na plaże położone dalej od miasta. Jedna, znajdująca się na północ od miasta, jest niezwykle piękna i praktycznie pozbawiona turystów, swoją willę ma tam m.in. Ronaldinho.

Prawdziwe życie w Barcelonie zaczyna się oczywiście dopiero nocą! Naprawdę, wtedy na ulicach jest więcej ludzi niż w ciągu dnia! A to, co działo się przez całą noc po zdobyciu przez Barcę Pucharu Mistrzów, to już naprawdę ciężko opisać! Fiesta na całego zakończona świetnym szturmem policji i ostrzelaniem -- gumowymi kulami -- niewinnych ludzi.

5. Jedzenie

Choć stypendium wystarcza na... na nic nie wystarcza, trzeba koniecznie spróbować tapas, czyli hiszpańskich przekąsek. Wołowina w czosnku, paella, a przede wszystkim owoce morza, to podstawa. Hiszpanie mają zwyczaj chodzić od knajpy do knajpy, biorąc po kieliszku wina i jednej tapas... Od tego można zbankrutować, ale... No nie jedzie się do Barcelony robić oszczędności.

W samym kampusie nie ma żadnego sklepu z cenami zbliżonymi do racjonalnych, jednak już niedaleko można znaleźć dwa miejsca: przy samym wyjściu z kolejki (linia S2) jest Alcampo, czyli hiszpański Auchan, zaś w Sant Cugat kawałek od kolejki (S2 i S55) jest sklep z bardzo tanimi rzeczami, choć na ogół zbliżającymi się do terminu ważności.

Trzeba pamiętać, że w Barcelonie i okolicach wszystko jest drogie!

Czasem na szybko można kupić obiad (ok. 5 euro) w jednej z uniwersyteckich stołówek. Przysługują dwa posiłki + deser, jedzenie na ogół jest dobre i porcje solidne, więc nie ma problemu!

6. Język.

Trzeba pamiętać, że znajomość angielskiego jest tam rzadkością. Zdecydowanie Hiszpanie pod względem nieznajomości angielskiego przewyższają Francuzów i Włochów.